W czwartek w Centralnym Basenie Artystycznym zagrał Bajzel, Monotonix oraz Mitch and Mitch, w ramach klubowej edycji Festiwalu OFF.
W ramach tego cyklu Artur Rojek, dyrektor OFF festivalu w Mysłowicach, prezentuje artystów sceny alternatywnej z Polski i z zagranicy.
Wybór zespołów na ten koncert był strzałem w dziesiątkę. Muzycy wykrzesali z siebie megawaty energii, choć wydarzenie miało miejsce nietypowego dnia i o nietypowej porze, w sali wcale nie wypełnionej po brzegi. Kto to widział, żeby bawić się w czwartek o godzinie szóstej, przy trzaskającym mrozie na dworze? Kto nie był, niech żałuje.
Wieczór rozpoczął występ człowieka-orkiestry. Szczegółowy grafik imprezy padł pod naporem nawałnicy śnieżnej, Bajzel wyszedł na scenę z ponad godzinnym opóźnieniem, bo pozostali muzycy nie zdążyli dojechać na czas. Naiwni optymiści, tacy jak ja, którzy sądzili, że koncert w klubie może rozpocząć się punktualnie, musieli przysiąść z piwkiem na kanapie i poczekać. W tym czasie spokojnie przybywali bardziej trzeźwo oceniający rzeczywistość miłośnicy muzycznego offu.
Na popisy Bajzla spuszczę zasłonę milczenia, to nie jego wina, że nagłośnienie było fatalnie ustawione, sam siebie zagłuszał i nie słychać było, o czym śpiewa. Wcale niełatwo samemu grać, śpiewać i równocześnie obsługiwać maszynerię imitującą brakujące instrumenty, czyli bas i perkusję. Poza tym w pustym basenie pod sceną podrygiwały osoby, którym jego koncert wyraźnie się podobał.
Jednak szaleństwo, które obserwowałam zza basenowej barierki, rozpętane potem przez trzech włochatych Izraelczyków z zespołu Monotonix przeszło moje wszelkie oczekiwania. Pamiętają Państwo Zwierzaka z Muppetów? W basenie, pod sceną było ich trzech i każdy po trzykroć bardziej zwariowany niż wspomniany pierwowzór. Dwaj (Yonatan Gat i Ran Shimoni) grali – na gitarze i na perkusji, a jeden (Ami Shalev) śpiewał, oblewał publiczność różnymi napojami, rzucał się ludziom na ręce, skakał jak szalony i wspinał się na co tylko się dało, taszcząc ze sobą bęben basowy, popularnie zwany stopą.
Ich muzyka przywodziła na myśl psychodeliczny rock z przełomu lat 60. i 70. – szybkie i ostre solówki na przesterowanej gitarze jak u Jimmiego Hendrixa, improwizacje perkusyjne jak u Gingera Bakera, a do tego wokale rockowego krzykacza, które bardziej przypominały skandowanie niż śpiew.
Jednak nie samo granie było tajemnicą ich sukcesu, ale mistrzowsko zrealizowany performance z udziałem publiczności. Ludzie jedli im z ręki, w mgnieniu oka i bez szemrania wypełniali każde ich polecenie, czy chodziło o oddanie butelki, czy wniesienie muzyka na rękach, gdzie sobie zażyczył. Szał trwał od pierwszej sekundy koncertu, ludzie tańczyli jak opętani i wrzeszczeli, a na koniec występu wokalista Ami Shalev ustawił stołek oraz perkusję na rękach ludzi i zagrał na niej.
„Staram się sprawić by ludzie śmiali się, tańczyli i dziczeli,” powiedział kiedyś Shalev. Myślę, że mu się udało.
Po tej ogromnej dawce energii wydawało się, że już nic nie jest w stanie przebić występu zespołu Monotonix, ale mylił się ten, kto myślał, że nie warto było zostać do końca.
Po przerwie na scenie pojawił się „pięcioosobowy duet” Mitch and Mitch, w towarzystwie Igora Krutogolova. Zgodnie z zapowiedzią muzycy zagrali nowy materiał, chociaż nie do końca – z przyjemnością słuchałam znanej z poprzednich koncertów, karkołomnej wersji jednego z utworów Maanamu oraz wywróconego na lewą stronę kawałka z ostatniej płyty Mitchów.
Jednak wszystko, co grali miało zupełnie świeże brzmienie, dzięki temu, że śpiewał z nimi Igor, nieprzeciętnie utalentowany wokalista o aparycji bramina (czyli człowieka pijącego tanie wino w bramie, zgodnie z definicją z „Humoru z zeszytów szkolnych”).
Mocny, słowiański, punkowy wokal Igora dał ich muzyce takiego kopa, jakiego jeszcze nigdy nie mieli, choć wcześniej też potrafili porwać publiczność. Jak zwykle grali dowcipnie, zaskakująco, wtrącali cytaty z najróżniejszych utworów i łączyli style w najbardziej absurdalny sposób z nagłymi zmianami tempa, ale tym razem byli bliżsi punk rocka niż kiedykolwiek.
I nieważne, czy Zelig Rabitchnyak istniał i czy rzeczywiście zostawił rękopis musicalu "Miłość do Trzech Karaluchów", który znalazł Igor. Mam nadzieję, że to niezwykłe spotkanie zaowocuje nową płytą Mitch and Mitch z Igorem Krutogolovem, bo w Basenie zagrali koncertowo.
autorka: Joanna Zamorska